Napisałem
słowo: „opowiadanie”. Pomyślałem, jakież to opowiadanie, skoro wszystko zaszło
w rzeczywistości i po prostu pamiętam to co było? Przy czym ciekawą rzeczą jest
pamięć. Początkowo pracuje jak dokładny, staranny fotograf: na zdjęciu wszystko
jest dokładnie tak jak było. Ale mijają lata, pamięć staje się artystą
dziwacznym i niesfornym. Coś odejmie, coś doda, nagle bardzo pięknie ubarwi, to
co nieważne, robi ważnym, zmienia postacie, odzież, pogodę. Jednym słowem -
wszystko przekształca wg swoich upodobań. Myśląc dzisiaj o tej historii, nie
wiem dlaczego wspominam noc przed próbą Czerepachy. Siedzieliśmy nad wodą i
patrzyliśmy na Czerepachę. Wieczorem, pokonawszy letni bakijski upał, powiał
wiatr. Czerepacha cichutko kołysała się 2 metry od nas. „Kiepsko będzie”- powiedział Jaszka, będzie bardzo kiepsko,
jeżeli jutro wpakujesz się w tamten brzeg. Tu trzeba powiedzieć że Czerepacha
była pierwszym w świecie rakietowym statkiem. W naszych czasach brzmi to bardzo
zwyczajnie: „rakieta”. Kogo dzisiaj zadziwisz rakietami? Ale ja opowiadam o
czerwcu 1940 roku, a w tym czasie słowo „rakieta” brzmiało tak fantastycznie,
jak dzisiaj wyrażenie: „maszyna czasu”.
Wyobraź sobie,
że obok ciebie stoi pierwsza na świecie maszyna do podróży w przeszłość i
przyszłość, przy czym sam ją zbudowałeś i nagle kolega ci mówi: „jutro pierwsza
próba, postaraj się nie wpakować w epokę kamienną”
Do przeciwległego
brzegu było około 200
metrów, nie więcej. Jak tylko Czerepacha runie do
przodu, trzeba będzie momentalnie wyłączyć silnik, żeby nie wpakować się w
betonową ścianę. Czerepachę należałoby sprawdzić na morzu, a nie tutaj, na
maleńkim stawie na skraju miejskiego parku. Ale to już nie zależało od nas. I
tak, był czerwiec 1940 roku, rano powinna przyjechać komisja, a my siedzieliśmy
na brzegu i patrzyliśmy na Czerepachę. Budowaliśmy ją cały rok, a kiedy masz 15
lat, to rok to bardzo długo, to prawie połowa życia!
Lepiej będzie
jak opowiem wszystko po kolei. Zbudowanie Czerepachy poprzedzał długi łańcuch
wydarzeń. Oczywiście początkowo żadnych szczególnych zdarzeń nie było. Do siódmej
klasy życie moje było zwyczajne, proste iprzyszłość też wydawała się zwyczajna i oczywista. Skończę szkołę,
wstąpię do marynarki wojennej, a na razie pracowałem w morskim kółku w Domu
Pionierów, czytałem książki o morskich bitwach, biegałem do Jachtklubu i przy tak
rozwiniętej działalności starałem się jako tako: nie otrzymywać w szkole dwójek.
Jaszka uczył się na piątki i on też miał wszystko jasno poukładane. Będzie
lekarzem, tak jak jego ojciec i dziadek. Żyliśmy w jednym domu, uczyliśmy się w
jednej klasie i siedzieliśmy w jednej ławce. Jaszka był typowym piątkowiczem,
ale ja uważałem, że może być, bo w końcu będzie lekarzem morskim na okręcie
wojennym. Także nasza przyjaźń była pewna.
WYDARZENIA zaczęły się w 7 klasie, kiedy w naszej klasie pojawiła się
Dina. Wcześniej mieszkała w małym miasteczku, nie pamiętam już jakim.
Jaszka powiedział, że wygląda: „jak z bajek Andersena”. Dlaczego, nie
pamiętam. Przy czym bajki mnie zupełnie nie interesowały, czytałem
wtedy książkę: „Podwodna wojna na Atlantyku w 1914-18 roku”. W książce
były przytoczone mapy i schematy i wg nich można było prześledzić
działania łodzi podwodnych i niszczycieli. Dinie jednak nie podobało
się, że ktoś może nie zauważyć jej obecności. Na długiej przerwie
podeszła do mnie i zainteresowała się książką. Chwilę porozmawialiśmy.
Okazało się, że Dina umie pływać kraulem, że „Wyspę skarbów” oglądała 4
razy i że słyszała nawet o Jutlandzkiej bitwie. Po tym zacząłem
zauważać Dinę, nawet bardzo zauważać, chociaż szybko okazało się, że o
Jutlandzkiej bitwie opowiedział jej Jaszka, któremu ja miesiąc
wcześniej sam wszystko dokładnie wyjaśniłem.
Któregoś dnia poszły słuchy, że w Domu Pionierów organizują kółko chemiczne.
Tak, tutaj trzeba powiedzieć parę słów o tym Domu Pionierów. W tym
czasie był on superwzorcowym i superokazałym. Ogromny budynek, pałac
byłego przemysłowca naftowego, wspaniałe urządzenia w kółkach i
pracowniach, sala sportowa, ogród, koncerty, kino, a przede wszystkim
fantastyczni opiekunowie.
Morskim kółkiem kierował Siergiej Andriejewicz, najprawdziwszy kapitan,
najprawdziwszej żeglugi dalekomorskiej, znający wszystkie morza i
oceany. A nasi sąsiedzi, szybownicy, mieli opiekuna którym był lotnik,
odznaczony orderem bojowego czerwonego sztandaru. Kiedy cokolwiek
kulejąc przechodził korytarzem, my, wstrzymując oddech patrzyliśmy na
jego order. Dostać się do Domu Pionierów było bardzo trudno. Wszystkie
kółka były przepełnione i dlatego usłyszawszy o nowym kółku Dina
powiedziała, że należy od razu się zapisać. W tym czasie ona kierowała
całą klasą. Wg obecnej, naukowej terminologii można powiedzieć, że
stała się uznanym liderem grupy. Chemia ją zupełnie nie interesowała,
inne dzieci też, ale Dina bardzo logicznie wyjaśniła, że po zapisaniu
się do kółka chemicznego można dostać przepustkę do Domu Pionierów i
bywać na wieczorkach tanecznych i koncertach. Tak więc około 10 osób
się zapisało. Ja też się zapisałem, chociaż nie wolno było pracować
jednocześnie w dwóch kółkach, za takie coś mogli w ogóle wygonić. Na
zajęciach usiedliśmy z Diną przy ostatnim stole i nie zwracając uwagi
na chemiczne doświadczenia rozmawialiśmy o różnych głupstwach. Kółko
chemiczne znajdowało się 2 piętra wyżej od morskiego, ale mimo to
musiałem cały czas mieć się na baczności. Jaszka interesował się
chemią, a po zajęciach we dwójkę odprowadzaliśmy Dinę.
Ale pewnego dnia Dina zachorowała i nie przyszła do szkoły. Nie
pojawiła się też wieczorem, na zajęciach kółka chemicznego. Ja, jak
zwykle usiadłem przy ostatnim stole, obok mnie znalazł się Witka.
Chemia też go w ogóle nie interesowała, do kółka zapisał się tylko
dlatego, że w domu kazali mu grać na wiolonczeli. Witka cały czas
taszczył ze sobą książki o szpiegach i uważał się za autorytet w tej
dziedzinie. Tym razem też czytał jakąś książkę o szpiegach i głośno
sapał z wrażenia. Ja, słuchając jak sapie, przeniosłem się do przodu.
Nikołaj Borysowicz – chemik - opowiadał o farbach. Bardzo sceptycznie
odnosiłem się do Nikołaja Borysowicza z tego powodu, że bardzo różnił
się od naszego kapitana i lotnika z kółka szybowcowego. Nikołaj
Borysowicz był podobny do kucharza, okrągły, w białym fartuchu i białej
czapce przykrywającej połyskującą łysinę. Nazywaliśmy go Kolba.
Powstało to z połączenia skrótów: Kola i Boria. I tak oto tego
wieczora Kolba opowiadał o farbach. Mówił, dlaczego czerwona farba ma
czerwony kolor, a niebieska - niebieski, jakie farby były do czasów
Ramzesa II, jak Leonardo da Vinci szukał nowych farb do swoich obrazów,
jak żyją farby i dlaczego starzeją się, jak syntetyzować indygo i co to
takiego farby akwarelowe, tempery, gwasz itd. O tym nawet warto było
posłuchać, dlatego, że ja na podstawie własnego doświadczeniu
wiedziałem, że morska robota składa się przede wszystkim z czyszczenia,
mycia i malowania. Myśmy w kółko skrobali, malowali i przemalowywali
„Partyzanta” – szkolny parostatek dziecięcej floty, uszczelnialiśmy i
malowaliśmy szkolne jachty w Jacht Klubie, a stumetrowy pirs
jachtklubu malowaliśmy dwa razy do roku.
Kolba opowiadał jakoś tak dziwacznie. Wydawało się, że rozmawia sam ze
sobą, na nas nie patrzył. Czasami milczał i mruczał coś zupełnie
niezrozumiałego. Niekiedy sprzeczał się sam ze sobą. Doświadczenia
także pokazywał sam sobie i cieszył się kiedy wszystko wychodziło tak
jak powinno. Potem mimo wszystko przypominał sobie o nas, rozdawał
probówki, odczynniki i zaczynał wyjaśniać, co teraz z tych substancji
każdy powinien otrzymać, jaki kolor farby. Dostałem pomarańczowe
kryształki dwuchromianu amonu. One pięknie się spaliły rozrzucając
iskry i otrzymałem zielony tlenek chromu. Na tym się zatrzymałem,
ponieważ nie było żadnego sensu przekształcać tlenek chromu w farbę. Z
tlenku chromu można było otrzymać wspaniałą pastę, widziałem ją u
naszego bosmana. Taką pastą udawało się w ciągu 5 minut wypolerować
klamrę paska do lustrzanego połysku.
Chemia mi się spodobała. Poczułem, że dla marynarza, człowieka morza,
dobrze jest znać chemię. Powiedzmy, statek zatonie i znajdziesz się na
bezludnej wyspie. Chemia pomaga ci zrobić z dowolnego materiału to, co
potrzebne np. materiał wybuchowy. Kiedy po dwóch tygodniach pojawiła
się Dina, ja odniosłem się do tego zupełnie obojętnie. Siedziałem
blisko Kolby i starannie łowiłem każde jego słowo. Dina przestała ze
mną rozmawiać, do domu odprowadzał ją Jaszka. To oczywiście nie
zmieniło mojego stosunku do chemii. Teraz razem z „Podstawami morskiej
praktyki” taszczyłem do domu „Zajmującą chemię” Riumina. Chemia, jak
mówił Łomonosow: „daleko rozpościera swoje ręce w sprawy ludzkie”.
Łomonosow miał rację. I ja się o tym też upewniłem.
Żeby dokładnie poznać chemię należało znać fizykę, a żeby znać fizykę,
należało znać matematykę, trzeba było wkuwać. Teraz długo
przygotowywałem się do lekcji. W domu wywołało to pewien popłoch,
dlatego, że wcześniej wszystkie lekcje robiłem w pół godziny. Coś tam
szybko przeczytałem, coś tam w biegu odpisałem od Jaszki. Teraz
zaczynało mi brakować czasu. Zacząłem wstawać o godzinę wcześniej, żeby
ze świeżą głową porozwiązywać zadania i mama w końcu przestraszona
zaprowadziła mnie do znanego w mieście pediatry dr Klupta. Stareńki
Klupt długo obsłuchiwał i obstukiwał mnie, oglądał język i wzdychał.
Potem powiedział: „skomplikowany przypadek”. Przyprowadźcie go jeszcze
raz, później. Mama pobladłszy pyta: kiedy? Klupt wzruszył ramionami:
gdzieś tak za 40, może 50 lat.
Siódmą klasę skończyłem prawie bez trójek. W lecie kółko chemiczne nie
pracowało i całymi dniami przepadałem na Partyzancie, a wieczorem
czytałem ”Chemię dla wszystkich” Partingtona.
We wrześniu, na pierwszych, zajęciach Kolba ogłosił, że odbędzie się
ogólnozwiązkowa olimpiada dziecięcej technicznej twórczości i
powinniśmy przygotować działające modele fabryk chemicznych: sody,
kwasu siarkowego itd. Następnego dnia Siergiej Andriejewicz to samo
powiedział w sprawie olimpiady: potrzebne są modele statków.
Zrozumiałem co się dzieje. Zrobić jednocześnie dwa modele, to po prostu
niemożliwe. Kiedy robiłem model trałowca, to wymagało to mnóstwo czasu,
a poza tym cóż to takiego model fabryki kwasu solnego? Zwykłe
stanowisko do otrzymywania kwasu solnego tak jak w podręczniku
szkolnym: probówki, lampki spirytusowe, rurki. Tylko, że wszystko
pokryte pudełkami ze sklejki, wyobrażającymi pomieszczenia fabryczne.
Nic ciekawego, nic zachwycającego. I do tego jedna pracownia dla
wszystkich kółek, tak że ja już wiedziałem, że obowiązkowo spalę się w
tej pracy.
I oto pojawiła mi się genialna idea - jak wszystko co genialne – była
to prosta idea. Dokładniej – wydawała się prostą. Nawet nie
podejrzewałem jak się potem wszystko skomplikuje. Idea polegała na tym,
żeby zamiast dwóch modeli, zrobić jeden. Kuter z chemicznym silnikiem.
Siergiej Andriejewicz będzie zadowolony – przecież kuter to morska
rzecz, a Kolba też nie powinien mieć żadnych pretensji, ponieważ cały
napęd kutra będzie przecież chemiczny. I w ogóle moje nieprawomyślne
przebywanie w dwóch kółkach stanie się prawidłowe i nawet konieczne!
Szybko uzgodniłem z Jaszką że będziemy pracować we dwójkę. Potem
poszliśmy do Siergieja Andriejewicza. Co to takiego chemiczny silnik? –
zapytał. Na to pytanie byliśmy przygotowani. Należy otrzymać wodór i
tlen, potem zmieszać i otrzymamy mieszankę wybuchową. A dalej już
wszystko łatwo. Mieszanka wybuchowa wejdzie do komory spalania, bach…
i model pójdzie do przodu, potem jeszcze raz bach i tak dalej. Znaczy
się rakieta? – z westchnieniem powiedział Siergiej Andriejewicz. Nic z
tego nie wyjdzie, ale spróbujcie. Dla praktyki.
Kolba wysłuchał nas bez jakiegokolwiek entuzjazmu, ale nie
przeszkadzał. Zapytał tylko, jak mamy zamiar uzyskać tlen i wodór.
Wyjaśniliśmy, że postawimy na modelu baterię elektryczną. Będzie
rozkładać wodę no i wszystko. Elektryczna bateria? – zapytał Kolba.
Spojrzał na sufit, coś tam poszeptał i burknął: dobrze, powodzenia.
Dinie też opowiedzieliśmy wszystko o rakietowym kutrze. Ona dawno
odeszła z kółka chemicznego do dramatycznego. W ogóle się zmieniła.
Jaszka powiedział, że ona teraz: „jak z opowiadań Aleksandra Grina”.
Pomyślałem, że cały problem jest w wysokich obcasach. Jeżeli nałożyć
pantofle na wysokich obcasach, a do tego zrobić z włosów wieżę na
głowie - bardzo łatwo można postarzeć się o 5 lat. Na przerwach do
Diny przychodzili uczniowie z 10 klasy. Nas zauważała, kiedy chciała
odpisać zadanie z fizyki lub matematyki.
Ej, chłopaki! To żarty, ten wasz kuter – powiedziała. Lepiej zróbcie mi
aceton. Nigdzie nie mogę dostać. Aceton był jej potrzebny do zmywania
manicure. W szkole nie wolno było przychodzić z malowanymi
paznokciami, z tym było bardzo srogo. Tego wieczora Jaszka wziął z
domu butelkę esencji octowej. Nasypaliśmy do niej potłuczoną kredę.
Esencja zasyczała jak palnik gazowy, a na dnie zebrał się szary proszek
– octan wapnia. Odfiltrowaliśmy proszek, wyżarzyli i otrzymaliśmy
aceton. Następnego dnia wręczyliśmy Dinie duży flakon po wodzie
kolońskiej „Czerwony mak”, do brzegu wypełniony acetonem. Wielka rzecz
– chemia!
Ale z kutrem wyszło nie najlepiej. W ciągu 3 tygodni wystrugaliśmy
korpus, przepiękny korpus o długości 80 cm i przytaszczyliśmy go z
pracowni na górę, do siebie. W korytarzu stało duże akwarium. Dawno już
postanowiliśmy wykorzystać je do badań. W wodzie korpus, nawet nie
pomalowany, wyglądał całkiem nieźle. Ale kiedy zaczęliśmy wkładać
baterie, po prostu żeby zobaczyć jak je rozmieścić, korpus od razu się
pochylił, woda wlała się przez burtę i model nasz, rozganiając
przerażone ryby poszedł na dno. Dopiero teraz uprzytomniliśmy sobie, że
trzeba było obliczyć jaki ciężar może przenieść korpus i ile powinny
ważyć baterie. Wyciągnęliśmy z akwarium korpus i baterie, i daliśmy
rybkom pokarm, żeby zbytnio nie przeżywały i usiedliśmy do obliczeń.
Cyfry otrzymaliśmy zabójcze. Baterii powinno być 40 razy więcej niż
korpus kutra mógł udźwignąć. To był koszmar. Przymierzaliśmy różnie.
Jeżeli korpus wykonać o pół metra, ćwierć metra dłuższy – wszystko
jedno – okazywało się że potrzebna jest cała góra baterii. A jeżeli
weźmie się za mało baterii, wtedy łyżeczka od herbaty wody będzie się
rozkładała godzinę. Skąd więc silnik otrzyma mieszaninę wybuchową.
Jak łatwo żyło się do tego czasu! Pojawiła się jakaś idea i doskonale
ją znasz i twoja głowa wręcz kipi. Idei u mnie było zawsze dużo,
dlatego nie dziwiłem się, że głowa kipi tak często. A tu wychodziło, że
idea, nawet tak interesującego kutra, sama w sobie nic nie jest warta.
Idea może pęknąć jak bańka mydlana, jeżeli nie zgodzi się z
obliczeniami. Gdy to wszystko przeżywałem, Jaszka wpadł na ratunkowy
pomysł.
Tlen i wodór można przecież otrzymać bez elektryczności, po prostu
chemicznie. Rzeczywiście; kwas siarkowy plus cynk - otrzymamy wodór i
to może być daleko prostsze. Wcześniej taka idea wprawiłaby mnie w
zachwyt, niech żyje chemia! – „daleko rozpościerająca swoje ręce”.
Wcześniej było łatwo, coś tam wymyśliłeś i cieszyłeś się a teraz?
Wymyśliłeś i zastanawiasz się. Boisz się, że idea przepadnie. Należy
obliczyć, ale przecież obliczenia są tylko przybliżone, to też nie jest
powód do radości. Kiedy wszystko będzie zbudowane i wypróbowane, wtedy
dopiero można się cieszyć.
Zaczęliśmy dodawać: ile trzeba odczynników, ile będą ważyły zlewki,
rurki i pozostałe naczynia, ile będzie ważył sam kuter. Wyszło, że
ciężar dwa razy większy niż można. Nie czterdzieści razy, ale dwa razy,
no ale tak czy siak kuter utonie. Po nocach śniły mi się tonące statki.
A później przypomniałem sobie, że tlenu otrzymywać nie trzeba, że tlen
jest w powietrzu, znaczy połowę naczyń można wyrzucić, kuter stanie się
lżejszy, nie utonie. Nawet zupełnie logiczne. Pokazaliśmy nasze
obliczenia Kolbie. Wprawnie przejrzał obliczenia, poprawił dwa
niewielkie błędy i mruknął: już raz zaczęliście myśleć, spróbujcie
dalej.
Nawiasem mówiąc – myśleć - okazało się bardzo interesującą rzeczą. To
tak, jakbyś grał w szachy. Robisz ruch, a przeciwnik tobie odpowiada.
Należy przechytrzyć, pokonać przeciwnika. Tylko, że tu nie wiadomo kto
jest twoim przeciwnikiem. Tu go nie widzisz. Jaszka powiedział, że
przeciwnik - to nasza zwyczajna głupota. Ale jeżeli to głupota, to
dlaczego ona się nam tak zręcznie opiera? Tak, wcześniej takich pytań
nie stawialiśmy.
Żeby otrzymać wodór potrzebny jest kwas siarkowy i cynk, ich zapas
powinien być na kutrze, a to jest zbędny ciężar, balast. Lepiej wziąć
karbid, służący spawaczom do spawania gazowego. Karbid plus woda -
otrzymujemy gaz: acetylen. Wcale nie gorszy od wodoru. Teraz wszystko
jest bardzo pięknie; na statku będzie tylko karbid, wody brać nie
trzeba, bo jej pełno wokół statku. I znowu poszliśmy do Kolby i
wszystko mu wytłumaczyliśmy. On uważnie nas wysłuchał i zaczął
spoglądać na nas zdziwiony, tak jakby nas widział po raz pierwszy.
Wy myślicie, ZNACZY ŻE ISTNIEJECIE! – powiedział triumfalnie. Jeżeli
oczywiście Kartezjusz ma rację. Oto stół. Montujcie stanowisko do
otrzymywania acetylenu. Należy wyregulować wszystko tak, żeby proces
odbywał się równomiernie. Stanowisko zmontowaliśmy w ciągu dwóch
wieczorów, ale trzeba było je szybko rozebrać. Karbid śmierdział tak
obrzydliwie w pokoju i na korytarzu, że ciężko było oddychać.
Zmontowaliśmy stanowisko w dygestorium. Nikołaj Borysewicz nie
odchodził od nas ani na krok i przyglądał się w całkowitym milczeniu.
Wszystko było jak gdyby prawidłowo, woda kąpała na karbid, wydzielający
się acetylen szedł gumową rurką, ale palnik w żaden sposób nie chciał
pracować równomiernie. Ogień to zanikał, to nagle podnosił się jak
ogromny szumiący słup, potem znów ucichał. Zależało to od tysiąca
przyczyn. Jakie były kawałki karbidu, jak były ułożone, jak była
podawana woda, jak był odkręcony zawór palnika itd.
Pozostała część młodzieży już kończyła makiety chemiczne zakładów, a w
kółku morskim stał już prawie gotowy model niszczyciela „Kirow”. A my
ciągle jeszcze woziliśmy się z karbidem. Czytałem teraz książkę Maksa
Walee: „Lot w światową przestrzeń”.
Książka była niesamowicie interesująca, ale musiałem ją chować przed
mamą, ponieważ na pierwszej stronie był portret Maksa Walee w żałobnej
ramce. Walee zginął, wypróbowując rakietowy samochód. Kolba przyniósł
mi kilka książek o technice rakietowej. W jednej z nich było
powiedziane, że w niedalekiej przyszłości rakietowy system znajdzie
najszersze zastosowanie w socjalistycznej technice. Zapamiętałem
nazwisko autora: inżynier lotnik Siergiej Piotrowicz Koroliow.
Nie zauważyłem jak przeszły zimowe ferie. Codziennie od rana do
wieczora woziliśmy się z karbidem, zmienialiśmy zbiorniki, rurki,
zawory, próbowaliśmy rozcierać karbid na proszek i odwrotnie, prasować
z karbidu twarde brykiety. Kolba przypatrywał się nam, niekiedy pomagał
montować stanowisko, ale nigdy niczego nie podpowiadał. Na błędach się
uczą – powiedział kiedyś i dodawał – jeżeli to własne błędy.
Dwa piętra niżej, w dużej sali stała choinka. Stamtąd dochodziła
muzyka, głosy, śmiech. Kiedyś przyszła do nas Dina. Ubrana była w
kostium „Śnieżki”, oczywiście chciała się pochwalić. Z obrzydzeniem
powąchała powietrze, fuknęła nosem i powiedziała, że po feriach znowu
będzie jej potrzebny aceton. W tym dniu Jaszka spalił nowy fartuch,
dlatego spojrzał tylko z ukosa na Dinę i niezbyt uprzejmie wytłumaczył,
że teraz myślimy i nie mamy czasu na żadne głupstwa. Myślałby kto –
myśliciele! – mruknęła Dina – komu potrzebny ten kuter! Naiwne pytanie
– wiedzieliśmy, że nasz model pobije wszystkie prędkości na wodzie, to
po pierwsze, a po drugie można wykonać na tej zasadzie duży statek i
wtedy z Baku do Astrachania przepłynie w godzinę, a do Kranowodska za
20 minut. Bardzo mi potrzebny wasz Krasnowodsk! – bez żadnej logiki
powiedziała Dina. Zmarszczyła nos i lekceważąco fuknęła. Wyszło jej
efektownie. Widać było, że zajęcia w kółku dramatycznym nie poszły na
marne. Aceton dla niej zrobiliśmy, tym razem trzeba było wziąć zapasy
kwasu octowego od mojej mamy, a nasze stanowisko po staremu kaprysiło,
wciąż nic nam nie wychodziło.
Z kółka samochodowego dostaliśmy manometr, którym kierowcy mierzą
ciśnienie powietrza w oponach. Do tego manometru dodaliśmy dźwignie i
sprężyny, żeby automatycznie obracały zawory w zależności od tego jak
zmienia się ciśnienie acetylenu. Pomysł był całkiem prosty:
zmniejszasz ciśnienie w zbiorniku, dźwignie zakręcają kran na rurce,
którą uchodzi acetylen, a otwierają drugi zawór, którym do baku cieknie
woda. Podniesiesz ciśnienie i sprężyny obracają zawory w poprzednie
położenie.
W rzeczy samej zawory zacinały się, manometr nie miał tyle siły, żeby
nimi sterować. Siergiej Andriejewicz przyniósł nam inny manometr:
ogromny, ciężki, od parowozu. Nic wam z tego oczywiście nie wyjdzie,
ale próbujcie, dla praktyki – dodał.
Siły ten manometr miał więcej niż trzeba, podobało mu się obracać
zawory po prostu tak - z łobuzerii. Całe godziny mijały nam na
regulacji dźwigni i sprężynek. Doszliśmy w końcu do wniosku, że trzeba
powiększyć długość modelu do półtora metra – inaczej nic z tego nie
będzie. Jaszka poddał myśl, że manometr kaprysi dlatego, że zachodzi
zmiana ciśnienia atmosferycznego. Zdobyliśmy barometr, którym mierzy
się ciśnienie atmosferyczne i dostosowaliśmy go do regulacji manometru.
Regulujące urządzenie rozrosło się. Z najskromniejszych obliczeń
wychodziło, że model powinien mieć długość nie mniejszą niż dwa metry.
Ale barometr momentami też kaprysił. Jeden do dwóch dni przed deszczem
zaczynał robić się nerwowy, tak, jakby napadały go jakieś dreszcze.
Prowadzące od barometru dźwigienki, sprężynki, febrycznie trącały duży
manometr, a ten z kolei zaczynał obracać zawory, zupełnie nie zwracając
uwagi na to, co się dzieje w zbiorniku z karbidem. Potrzebny był
jeszcze jeden jakiś przyrząd, który by prawidłowo kierował barometrem,
żeby barometr prawidłowo kierował manometrem, żeby manometr prawidłowo
sterował zaworami.
I oto nagle, kiedy byliśmy już całkowicie zrozpaczeni, pojawiła się
kolejna genialna myśl: trzeba to wszystko wyrzucić i posadzić tutaj
człowieka, który będzie otwierał i zamykał zawory. Trzeba będzie znowu
powiększyć rozmiary kutra, teraz powinien mieć długość 3-4 metry i nie
będzie to już model, a prawdziwy rakietowy kuter – to jest o wiele
bardziej interesujące. Od razu wyłożyliśmy naszą ideę Siergiejowi
Andriejewiczowi. Braliśmy pod uwagę jego mocne nerwy, mimo wszystko
cały statek i żywy człowiek w środku – no, no! Rozumiemy, że nic z
tego nie wyjdzie – przymilnie powiedział Jaszka, ale spróbować można,
tak - dla praktyki.
Siergiej Andriejewicz uśmiechnął się. Chytry jesteś braciszku, dlaczego
ma nie wyjść? Korpus obowiązkowo wyjdzie, a silnik, no cóż… jeżeli nie
wyjdzie, można będzie postawić żagiel. Spróbujcie - dla praktyki.
Z Nikołajem Borysewiczem było trudniej. Długo obliczał, ile trzeba
będzie karbidu, ile acetylenu się z tego wydzieli i co będzie, jeżeli
to wszystko wybuchnie. Dowodziliśmy, że początkowo nie trzeba brać
całego zapasu karbidu, że próbę można przeprowadzić delikatnie,
ostrożnie i że w ogóle nie ma na świecie nic tak całkowicie
bezpiecznego, jak silnik rakietowy. W końcu Kolba ustąpił, ale od tego
dnia kontrolował każdy nasz krok. Wykonaliśmy końcowe obliczenia i
rysunki.
Opływowy, czterometrowy korpus, fotel kierowcy, obok fotela sześć
pojemników na karbid, po trzy z każdej strony. Od pojemników idą rurki
za burtę, otwierasz kran, a woda wstępuje do środka zbiornika, zaczyna
się reakcja. Gaz ze wszystkich baków zbiera się w kolektorze, to też
bak, położony za fotelem i stąd, jeżeli otworzyć rozruchowy zawór, gaz
idzie do komory spalania. Pozostaje tylko włączyć zapłon: mieszanina
gazu i powietrza wybucha, a kuter rwie do przodu, a potem jeszcze jeden
wybuch i jeszcze i dalej. Dalej wszystko było jasne. Rekord świata
ustanowiony przez znakomitego wyścigowca Donalda Campbella na
„Błękitnym ptaku” będzie obowiązkowo pobity. Wszystko logiczne.
Korpus budowaliśmy na podwórku pionierów. Początkowo nikogo nie
interesował, pracowaliśmy spokojnie. Korpus wyszedł nam wspaniały, nie
oczekiwaliśmy, że wyjdzie aż taki. Przednia część podobna była do
dzioba szybkościowego samolotu, a rufa była w pełni morska, szeroka, z
dużym kilem. Drogą złożonych, dyplomatycznych zabiegów, zdobyliśmy z
kółka szybowcowego fotel szybowcowy i wspaniałą deskę przyrządów od
samolotów. Wiadomo, że przyrządy nie pracowały, ale za to widok był
znakomity, a w ciemności strzałki i cyfry fantastycznie świeciły.
Szczególnie podobał mi się jeden przyrząd, na jego skali był napis:
„kąt natarcia”. To przepięknie brzmiało w uszach: „kąt natarcia”. Z
kierowcami z kółka samochodowego, którzy okazali się bardzo praktyczni
i skąpsi od kółka szybowcowego, dyplomatyczne rozmowy sukcesu nie
przyniosły. Musieliśmy przeprowadzić wymianę barterową. Za kwas do
akumulatorów dostaliśmy koło kierownicy i za rozpuszczalnik do
malowania, dostaliśmy reflektor, świecę zapłonową od „gazika” i
pleksiglasowy wiatrochron od motocykla. Wiatrochron zgięliśmy, wyszedł
nam bardzo elegancki daszek do kabiny, jak w samolocie.
Zostawiać to wszystko na podwórku na noc było ryzykownie. Musieliśmy
teraz każdego wieczoru taszczyć korpus na szóste piętro. Klatka
schodowa była marmurowa, ale wąska i kręta, a na wszystkich półpiętrach
stały rzeźby sportowców i wisiały obrazy. Staraliśmy się nie uszkodzić
korpusu, ale nie zawsze zdążyliśmy wyprzedzić jego mimowolne ruchy.
Ktoś tam poskarżył się dyrektorowi i kiedyś dyrektor się on na
podwórku. Od Diny wiedzieliśmy, że to kierownik kółka dramatycznego.
Trudno powiedzieć na ile był naprawdę zły na nas, ale jego postać była
tak gniewna, jak Iwana Groźnego, gdy jego rolę grał aktor Jurij
Jakowlew. Dyrektor dwa razy obszedł kuter i jak gdyby ostygł.
W ogóle zauważyłem, że ludzie którzy są dalecy od techniki, mimo woli
przycichają w pobliżu maszyn. Widocznie maszyny wyobrażają sobie jako
coś w rodzaju tresowanych tygrysów. Tresura powinna działać, obok stoi
treser, ale mimo wszystko tygrys, to tygrys i nigdy nic nie wiadomo.
Milcząc chwilę, dyrektor wskazał palcem na dziób kutra i powiedział:
Tu! Potem pokiwał głową i poszedł do tyłu, w kierunku rufy. Nie. Tu! Z
całą pewnością tu powinno być koło ratunkowe. Popatrzył na nas i
udokładnił: dwa koła ratunkowe, po czym oddalił się. Myśmy z ulgą
odetchnęli, nie doceniając wtedy całej mądrości i dalekowzroczności
kierownictwa.
W tym dniu niepokoiło nas inne zagadnienie. Jak nazwać kuter. W
rzeczywistości nazwa już była. Wymyślił ją Siergiej Andriejewicz, ale
jeszcze nie przyzwyczailiśmy się do niej.
„Czarna błyskawica”, no - no, „Ogniowy meteor”, to u was wszystko w
takim duchu – powiedział, popatrzywszy na zestawiony przez nas spis
różnych nazw. Jeżeli statek nazwać błyskawicą, to prędkość sto węzłów
będzie się wydawała skromną, inna rzecz: Czerepacha ( żółw). Dla
żółwia nawet 10 węzłów to już kolosalna prędkość. Trzeba wziąć pod
uwagę psychologię.
„Czerepacha” (Żółw). Nam się to nie podobało i inni chłopcy też nas od
tego odwodzili. Jeden tylko Witka podtrzymał Siergieja Anatolijewicza:
tak, to będzie lepiej dla zachowania tajemnicy.
„Majora Pronina” czytaliście? Konieczne stało się nazwanie „kodowe”.
Bez tego nic. Major Pronin był wtedy tak znany, jak dzisiaj Sztirlic.
Ustąpiliśmy. Niech będzie nazwa kodowa. Czerepachę pomalowaliśmy na
jasnoczerwony kolor, żeby było łatwiej ją obserwować, kiedy będzie
mknęła z ogromną szybkością.
Jaszka przyniósł książkę o Buratino. Tam był rysunek tartarugi (żółwia)
i znajomy chłopiec z kółka rysunkowego spoglądając na tartarugę
narysował dwie czerepachy: po jednej na każdej burcie. Rysunki wyszły
bardzo dobre, mimo to czegoś im brakowało. W końcu wpadliśmy na pomysł
– czerepachom należało dodać skrzydła. Oto, czego im brakowało.
Skrzydła musieliśmy dorysować sami i po tym wszystkim wszystko było w
porządku i Czerepacha przybrała bardzo elegancki, wytworny wygląd.
Teraz na podwórko co chwila zaglądali ciekawscy. Kiedyś przyszedł taki
jeden, nieśmiały chłopiec w okularach, długo chodził obok Czerepachy,
zaglądał do wnętrza, coś podliczał w swoim notesie, a potem
przepraszając i czerwieniejąc od zmieszania wyjaśnił, że ta podwodna
łódka może opuścić się tylko na 50 m pod wodę, po czym rozwali ją
potężne ciśnienie wody. Po paru dniach pojawiła się jakaś mroczna
osobowość w przetłuszczonej, poszarpanej kurtce i omalże
przetłuszczonej czapce, naciągniętej na głowę. Osobnik ten popatrzył na
nasze dzieło i powiedział: pożar - będzie ogień, gdzie będziesz skakał
i uciekał? Kiedy się spalisz, co powie ojciec, co powie matka?
Wiele razy przychodzili chłopcy z kółka fotograficznego ze swoim
kierownikiem. Oni opanowywali fotografię kolorową i przyciągał ich
barwny kolor jasnoczerwonej Czerepachy. Wyjaśnili nam, że jesteśmy
niefotogeniczni i zupełnie nie widzą nas na tle kutra. Bardzo dobrze za
to wyglądała Dina i ją bardzo starannie fotografowali. Przychodził
także początkujący poeta z kółka literackiego. Pokazaliśmy mu gdzie
będą stały zbiorniki z karbidem i jak gaz będzie wchodził do komory
spalania. Wyjaśniliśmy mu zasadę działania rakietowego silnika.
Niestety on wszystko poplątał. Napisał wiersz, w którym zbiorniki nie
wiadomo dlaczego diabelsko wirowały, komora spalania dmuchała w żagle,
a statek dumnie szedł poprzez lody do bieguna północnego.
W ogóle wszystko się nam to sprzykrzyło i zaczęliśmy zakrywać
Czerepachę brezentem. Witka powiedział, że to dzieło osłonięte
brezentem, obowiązkowo przyciągnie uwagę szpiegów. Ciągle teraz kręcił
się koło Czerepachy, spoglądając na wszystkie strony.
Pracowaliśmy w pracowni mechanicznej, robiliśmy części do silnika. Na
kartce papieru bardzo łatwo narysować 6 zbiorników, ale zrobić je z
arkuszy stalowej blachy, choćby jeden, jest o wiele trudniej, o czym
szybko się przekonaliśmy. Zbiorniki otrzymaliśmy jakieś tam
skośnoboczne. A Mikołaj Borysowicz uśmiechając się mówił, że to bardzo
dobre modele znanej krzywej wieży w Pizie. Potem zaczęły się
niekończące się problemy ze szwami. Szwy były wykonane jako nitowane i
lutowane dla szczelności i powinny być szczelne i hermetyczne, jednakże
baki uporczywie przeciekały. Jako komorę spalania udało się nam
wykorzystać cylinder od silnika lotniczego, a w pokrywie cylindra
należało wykonać jeszcze zawory powietrzne i na to straciliśmy ponad
miesiąc…
Kadłub stał w kącie podwórka pod brezentem. Czasami rozwiązywałem
sznurki, zdejmowałem brezent i wchodziłem do kabiny Czerepachy.
Próbowałem wyobrazić sobie, jak to wszystko pójdzie. Otworzę zawory,
woda pójdzie do baków, potem otworzę zawór rozruchowy, gaz wpadnie do
komory spalania, trzask włącznika nożowego i Czerepacha pomknie do
przodu. Szkoda, że na naszej desce rozdzielczej nie działały przyrządy:
wskaźnik szybkości, wskaźnik kąta natarcia. Wiedziałem, że kąt
natarcia, to kąt nachylenia skrzydła do linii lotu samolotu. Było coś
elektryzującego w tych słowach: „KĄT NATARCIA”.
Tak naprawdę przyrząd powinien pokazywać wartość sił oddanych w
decydującym zrywie. Ach, gdyby każdy człowiek miał możność widzieć swój
kąt natarcia, czuł natężenie sił, w ten dzień, w tę godzinę, w tę
minutę i w tę chwilę…
Mnie po prostu brakowało czasu. Pospiesznie jadłem, pospiesznie spałem,
pospiesznie przygotowywałem lekcje. Kiedyś podliczyłem: ile czasu mam w
zapasie. Życia pozostawało tylko około15-tu lat (po 30 latach majaczyła
mi się starość – te lata już się nie liczyły). Całe 5 lat – trzecia
część życia, strach pomyśleć! - powinny pójść na sen. Jeżeli w dzień
traci się na byle głupstwa 3 godziny, to trzeba jeszcze odjąć rok,
półtora. I co wtedy zostaje?
Obliczenia wywarły na mnie wstrząsające wrażenie. Zacząłem czuć bieg
czasu, dosłownie: stoisz w rwącej górskiej rzece, a woda błyskawicznie
cię oblewa, w mgnieniu oka już jest daleko, ani jej nie dogonisz, ani
nie zatrzymasz.
Patrzyłem na zegarek, ile czasu potrzebuję, aby przeczytać książkę.
Prosta arytmetyka wykazała, że w ciągu całego życia zdążę przeczytać
nie więcej niż 1000 książek. A cóż to jest 1000 książek? Przecież sam
tylko Juliusz Verne napisał 100 książek.
Zacząłem zapisywać, na co tracę czas, próbując zliczać i brać pod uwagę
każdą minutę od rana do wieczora. Okazało się, że tracimy mnóstwo
czasu, niby jesteśmy nieprzerwanie czymś zajęci, ale mimo to w ciągu
dnia tracimy na nie wiadomo co, trzy - cztery godziny… Przeszły lata,
zanim nauczyłem się kierować czasem, ale to już całkiem inna historia,
o tym trzeba napisać inne opowiadanie. A w tamtych dniach miałem tylko
jeden pomysł: należy mniej spać. Próbowałem mniej spać. Przez trzy noce
udało mi się wygrać dwie godziny, za to na czwartą noc zasnąłem tak
mocno, że na czysto straciłem te zaoszczędzone godziny. A przede mną
było lato i niepokoiło mnie mnóstwo nierozwiązanych zagadnień: np. do
czego odnieść czas, kiedy leżysz na daszku miejscowego ośrodka
kąpielowego i opalasz się. Czy to jest czas stracony, czy nie?
Przed wojną lato w Baku rozpoczynało się 15 kwietnia. Do 15 kwietnia
była zima, a potem od razu rozpoczynało się lato. Właściwie dzisiaj w
Baku też są tylko dwie pory roku: lato, kiedy jest bardzo gorąco i
zima, kiedy nie jest przesadnie gorąco, ale przed wojną zmiana pory
roku była bardziej wyrazista: 15 sierpnia i ani dnia później. Na ulicy
pojawiali się mężczyźni w białych spodniach i kobiety w białych
sukienkach, otwierano letnie kina, plaże, park.
15 Kwietnia z Jaszką postanowiliśmy zrobić sobie wolne. Chodziliśmy,
spacerując po ulicach. Było to dziwne, idziesz, nie spieszysz się,
możesz nawet postać.
O Czerepasze w tym dniu nawet nie wspominaliśmy. W mieście
pojawiły się nowe tramwaje z miękko wyścielanymi fotelami.
Pojeździliśmy tramwajami, popatrzyliśmy na atrakcję: pętlę śmierci:
motocykl na pionowej ścianie, postaliśmy koło nowego typu samochodu
osobowego ZIS. Dawniej wszystko to było dla nas szalenie interesujące,
a teraz wiedzieliśmy, że tramwaj, motocykl, samochód to zeszły wiek.
No, cóż to takiego, taki tramwaj, nawet z miękkimi siedzeniami, jeżeli
jego prędkość to niecałe 20 km/h, także pętla śmierci nikogo nie
uśmierciła. O tym dokładnie napisano w „Zajmującej fizyce” Perelmana.
Wzdłuż nadmorskiego bulwaru odbywały się wyścigi jachtów. Patrzyliśmy
i przede wszystkim czuliśmy: jak powoli, powoli, powolusieńko pełzną
pod tymi swoimi żaglami. Ach, gdyby tu była Czerepacha!
Potem poszliśmy w kierunku miejskiego parku. Była tam
wystawa psów. Jaszka naruszywszy umowę zaczął udowadniać, że badania
Czerepachy trzeba przede wszystkim przeprowadzić z psem. Tak – mówił -
będzie bezpieczniej. O mało co nie pokłóciliśmy się. Ja uważałem, że
kuter powinien badać człowiek. W przypadku czegoś niezwykłego człowiek
domyśli się, co zrobić.
Wybiegając nieco w przód trzeba jednak powiedzieć, że do
dwóch tygodni Jaszka mimo to przytaszczył psa, o groźnym imieniu
Dżulbars. To było wesołe i dobroduszne stworzenie: krzywonogie jak taks
i puszyste jak bolonka. Jaszka ustawił Dżulbarsa w fotelu, pies
spojrzał na tablicę przyrządów i jego wesoła mina od razu wyparowała.
Uważnie obejrzał przyrządy, potem obwąchał stojące w rzędzie za fotelem
baki z karbidem. Wyglądało to tak, jakby szybko zrozumiał, co, do
czego. Nerwowo szczeknąwszy wyskoczył z kutra i jak strzała pomknął w
najdalszy kąt podwórka do piwnicy, skąd Jaszka długo potem wywabiał go
przy pomocy irysków, które on bardzo lubił.
I tak przyszło lato, a my jeszcze wciąż woziliśmy się z Czerepachą.
Wydawałoby się prosta rzecz: ustawić baki. No tak, baki zostały
ustawione i nagle okazało się, że woda zaburtowa zapełnia je do 1/3
objętości. Baki są wysokie, wyższe od poziomu wody, a woda sama do góry
nie pójdzie. Okropność! Trzeba zrobić nowe baki, niskie i szerokie, a
na to nie będzie miejsca! I oczywiście, konsekwentnie: trzeba będzie
zrobić nowy korpus kutra. Wyręczyła nas „Zajmująca fizyka”
Perelmana. Opisano tam, jak nabierają wodę ekspresowe pociągi. Wzdłuż
szyn buduje się kanał z wodą, a z parowozu opuszcza się rurę zgiętą do
przodu. Im szybciej jedzie pociąg, tym szybciej podnosi się poziom wody
w rurze. Wyprowadziliśmy zgięte rurki poza burtę na spotkanie ze
strumieniem wody. W ogóle „Zajmująca fizyka” bardzo często nam pomagała.
I oto nastąpił dzień, kiedy to wszystko było już skończone,
zamontowane, przykręcone i pomalowane. Nawet czuliśmy się trochę
nieswojo: wszystko gotowe, stoisz i nie wiesz, co teraz robić. Siergiej
Andriejewicz obejrzawszy Czerepachę powiedział: „nic z tego nie będzie”
i kazał pomalować dyszę. Ogromna dysza podobna do trąby starego
gramofonu, prawie na pół metra wystawała poza rufę. Pomalowaliśmy dyszę
czarnym lakierem, chociaż to wszystko jedno, bo i tak będzie spalony,
kiedy silnik zacznie pracować i dysza się rozżarzy.
Będzie silnik pracować albo nie, jeszcze nie wiadomo – powiedział
Siergiej Andriejewicz, ale wszystko powinno błyszczeć i być porządnie
wykonane. Jutro przeprowadzimy próbę, jest taki spokojny staw w parku.
Następnego dnia wsadziliśmy Czerepachę na trzytonową ciężarówkę,
obwiązaliśmy sznurkami i zawieźliśmy do parku. Przechodnie zatrzymywali
się i patrzyli na dziwaczną maszynę. Staliśmy w kabinie rozkoszując się
ogólną uwagą przechodniów. Szkoda, że Dina wyjechała na wakacje i nie
widziała naszego triumfalnego marszu po mieście.
Tydzień przed odjazdem Dina podarowała mi „Tajemniczą wyspę”
Juliusza Verne. Było to eleganckie wydanie, w wytwornej okładce z
wieloma rysunkami. Wcześniej Dina nie dawała tej ksiązki nawet na
godzinę. Zapytałem czy nie potrzebny jej może aceton albo coś innego.
Ona odpowiedziała, że niczego jej nie potrzeba. W ten wieczór trochę
pospacerowaliśmy bulwarem nadmorskim, ja próbowałem mówić o Czerepasze,
ale Dina słuchała roztargniona. W ogóle bardzo zmieniła się w ciągu
ostatnich miesięcy. Teraz Jaszka mówił, że ona jest „z liryki
Puszkina”. Niekiedy wydawała mi się całkiem obca. A w końcu niewiele
starsza ode mnie, albo ja trochę starszy od niej (wszystko jedno, w
rakietowej technice ona niczego nie rozumiała). Już schodziliśmy z
bulwaru, kiedy poprosiła o zerwanie jej kwiatka i pokazała na
oleandrowy krzew w środku dużego klombu. Tych oleandrowych krzaków było
wszędzie pełno, pełno i na bulwarze i na ulicach, ale Dinie akurat
wbrew wszelkiej logice zachciało się zerwać kwiatek dokładnie z tego
właśnie klombu. Kwiatek zerwałem, ale potem musieliśmy szybko uciekać
przed stróżem. Nie. Ja mimo wszystko jestem trochę straszy od Diny…
Tak więc przywieźliśmy Czerepachę do stawu, zdjęliśmy ją z
ciężarówki i triumfalnie opuścili na wodę. Nie utonęła, nasza
Czerepacha! Dla statku zbudowanego wg „Zajmującej fizyki” i „Zajmującej
matematyki” – nie utonąć - to już duży sukces. Czerepacha przepięknie
wyglądała na wodzie, to przyznali wszyscy i Siergiej Andriejewicz i
Nikołaj Borysowicz i chłopcy, którzy przyjechali z nami. Pierwsze próby
już dawno postanowiliśmy przeprowadzić we dwóch, żeby nie było przykro
ani Jaszce ani mnie. Z trudem wcisnęliśmy się w ciasną kabinę, ja
siedziałem Jaszce na kolanach. Karbidu Nikołaj Borysowicz postanowił
wziąć malutko, nasypaliśmy go do jednego baku. Tymczasem chłopcy pod
przewodnictwem Siergieja Andriejewicza przywiązali Czerepachę do drzewa
rosnącego u samej wody. Instrukcja była jasna: włączyć silnik i jak
tylko zacznie pracować – natychmiast wyłączyć.
Szybciej, – martwił się Jaszka,- wszystko już załadowane, daj tu wody, bo mi kolana już odsiedziałeś.
Ja odkręciłem zawór i w baku zaczął szumieć karbid.
Patrzyliśmy na deskę przyrządów, na jedyny pracujący przyrząd:
manometr, który pokazywał ciśnienie acetylenu w baku. Strzałka powoli,
dosłownie jakby nie chciała, pełzła do cyfry „2”. Jaszka stękał pode
mną. Nie mógł w żaden sposób sięgnąć ręką do zaworu rozruchowego. W
końcu otworzył zawór, gaz poszedł do komory spalania, strzałka
manometru momentalnie zamarła. Włączyłem wyłącznik systemu zapłonu i…
…i nic się nie stało.
Słyszałem jak pluszcze woda za burtą i jak syczy karbid w baku i coś trzeszczy w układzie zapłonu.
No tak… nie wiadomo po co, powiedział Jaszka. Więcej już nic
nie zdążył powiedzieć, dlatego, że nagle powstał szybko narastający
jakiś chrobot po dwóch – trzech sekundach chrobot okrzepł, stał się już
nie do wytrzymania i nagle gruchnął wybuch.
Poczułem jak zatrząsł się cały korpus Czerepachy i momentalnie
wyobraziłem sobie cienkie żebra - wręgi, jeszcze cieńsze cienkie
przewiązki łączące wręgi i zupełnie cienkie poszycie ze sklejki.
Wyobraziłem sobie, na czym to wszystko się trzyma: przecież
oszczędzaliśmy każdy gwóźdź, żeby wygrać na ciężarze. Złapałem za
rękojeść wyłącznika, pociągnąłem go w dół, wyłączając zapłon.
Wyszliśmy z kabiny jeszcze nie rozumiejąc, co właściwie zaszło
i czy można uznać próbę za udaną. Ale młodzież na brzegu wrzeszczała z
zachwytem i nasze samopoczucie też się mocno poprawiło. Wszyscy,
przekrzykując się opowiadali, jak zdrowo gruchnął silnik i jakie
ogromne płomienie wyleciały z dyszy. Siergiej Andriejewicz powiedział:
szumu dużo, to już dobrze, a Kolba dopytywał, jakie było ciśnienie
acetylenu w baku, ile było przed włączeniem zapłonu, a ile po
zamknięciu. Słowem, próba przeszła z sukcesem, wszyscy coraz bardziej i
bardziej byliśmy tego pewni. Jeden wybuch i jak zdrowo! A przecież
można było napełnić karbidem wszystkie baki, można było podnieść
ciśnienie do pięciu atmosfer, to wtedy wybuchy zlałyby się w jeden
potężny ryk, a Czerepacha momentalnie poleciałaby na przód…
Siergiej Andriejewicz powiedział, że jutro przywiozą komisję
odbioru technicznego z Domu Pionierów i jeżeli wszystko pójdzie dobrze
Czerepacha otrzyma skierowanie na wystawę, a póki co, trzeba postawić
namiot i pilnować jej do rana.
Siergiej Andriejewicz zabrał młodzież i pojechał. Zostaliśmy w
czwórkę: Kolba, Jaszka, Witka i ja. Poszliśmy na kolację do kawiarni,
przykazawszy Witce pilnować Czerepachy i wypatrywać szpiegów. Po
kolacji Kolba poszedł spać do namiotu, a my nakarmiwszy Witkę
ciastkami, poszliśmy pospacerować po parku.
Przy wieży spadochronowej i strzelnicy przewalał się tłum ludzi. Na
placyku do tańca brzmiała muzyka. Patrzyliśmy zza ogrodzenia jak
tańczą. Jaszka powiedział, że w ogóle to powinniśmy nauczyć się
zachodnich tańców. Ja byłem zdecydowanie przeciwny. Komu potrzebne te
tańce? Dorośli ludzie tupią nogami po zakurzonym placyku, wyginają się
jeden przed drugim – przecież to śmieszne. A ile czasu na to idzie,
strach pomyśleć. Poszliśmy na estradę. Tam było ciekawiej. Występowali
iluzjoniści, żonglerzy. Wracaliśmy na przełaj po bezludnej i źle
oświeconej alei. Na samym końcu stała tablica z dykty, z mapą
Hiszpanii. Wojna w Hiszpanii skończyła się jeszcze w zeszłym roku, a o
mapie prawdopodobnie po prostu zapomnieli. Farby na niej wypłowiały,
miejscami zmył je deszcz. Mimo wszystko było widać wygięte strzałki
wycelowane w Madryt i Barcelonę.
Długo staliśmy przy tej mapie. Gdybyśmy wiedzieli, że w ciągu roku te
drapieżne strzałki wyciągną się do Mińska, Smoleńska, do Moskwy…
Wiatr rozkołysał pojedynczą latarnię na słupie. Po mapie przebiegły ciemne cienie.
Mówią, że będzie wojna – cicho powiedział Jaszka. Jak myślisz czy mnie zabiorą, mimo że chodzę w okularach?
Ja myślałem, że Jaszki do armii nie wezmą, on okularnik, taki w ogóle,
jak mówiła moja mama; to mól książkowy, ale nie chciałem Jaszce sprawić
przykrości.
Ty możesz zostać lekarzem wojskowym – powiedziałem. Dlaczego źle? Na każdym okręcie podwodnym jest lekarz.
Co do siebie nie miałem wątpliwości. Po szkole pójdę do wojenno
morskiego instytutu, a potem będę pływać w łodziach podwodnych. I tego
wieczora oczywiście nie wiedziałem, że wszystko ułoży się inaczej i że
w 1943 roku pójdę do szkoły lotniczej, a Jaszka znajdzie się w szkole
artyleryjskiej. Nie wiedziałem, że z mola książkowego stanie się
dowódcą baterii przeciwpancernych dział. Jaszka zginął w 1945 na
Węgrzech przy jeziorze Balaton.
Do Czerepachy wracaliśmy milcząc. Myślałem o Hiszpanii,
powinna tam być rewolucja, obowiązkowo, gdyby tak zbudować w tym czasie
duży rakietowy okręt…
Powróciwszy stwierdziliśmy, że Witka śpi, Nikołaj Borysowicz
także śpi, a Czerepacha spokojnie kołysze się przy brzegu. O 24 w nocy
w parku zgaszono światła. Jaszka powiedział, że popilnuje, a ja
powinienem spać, tak wynika z zasad z medycznego punktu widzenia. Rano
ja miałem prowadzić Czerepachę, Jaszka nie umiał pływać, a Siergiej
Andriejewicz w tej sprawie wyznawał twardą zasadę: nie umiesz pływać,
siedź na brzegu.
Gdzieś daleko brzęczał samolot, a po niebie przebiegały
promienie reflektorów przeciwlotniczych. Milcząc, oglądaliśmy gwiazdy.
Nie dawały mi spać podstępne myśli. Pojawiły się już wcześniej i nie
mogłem się jakoś od nich odczepić. Dlaczego na rekordowych łodziach
Campbella były zastosowane nie rakietowe, a zwyczajne silniki? Czy
Campbell był głupszy od nas i dlaczego naszą wspaniałą Czerepachę
wybudowaliśmy my, a nie ludzie dorośli?
Po wielu latach, przeczytawszy biografię wielkiego matematyka
Evariste Galois, który zmarł w całkiem młodym wieku, przypomniałem
sobie swoje dawne marzenia i pomyślałem, że dzisiaj najpoważniejsze
odkrycia zawsze zaczynają się z dziecięcych snów, dziecięcej wyobraźni,
z nierozsądnych i niezwykłych idei. Potem przychodzi rozsądek,
ostrożność, trzeźwa kalkulacja: a może nie wyjdzie, a może będzie tak,
że w ogóle jest niemożliwe, a dlaczego ty taki geniusz, że widzisz
dalej niż inni.
Dobrze, jeżeli gdzieś w głębi duszy zachowają się te dawne
chłopięce sny i nierozsądne idee. Jak tlejący się ognik rozpalą się
znów, wybuchną jasnym płomieniem i oświetlą całe życie. I wtedy ty
pójdziesz na przekór wszystkim, pójdziesz i zrealizujesz niemożliwe.
Jaszka szybko zasnął, a ja jeszcze trochę pomyślałem o
Czerepasze, o jutrzejszym dniu i o tym że Dina wyjechała całkiem nie w
porę.
Rano w dwóch autobusach przyjechała komisja w towarzystwie
młodzieży z różnych kółek. Ranek był piękny, świeży, bez tego
uprzykrzonego żaru i członkowie komisji z zachwytem wzdychali patrząc
na drzewa, trawy, na staw i na jasnoczerwoną Czerepachę.
Witka odprowadził mnie na bok i smętnie szepnął:
- Słyszysz Gienka, kiepsko nasze sprawy wyglądają. W komisji,
do spraw techniki nikt ani dudu! Wiesz kto tam jest? Kierowniczka z
kółka hafciarskiego, potem z baletowego, z literackiego, z
biologicznego, kierowniczka chóru i ta, co z dziewczynkami stoi, to
jest gimnastyka artystyczna. Jedyny mężczyzna, a i to z kółka grafików.
Dla nich bez różnicy: rakieta czy wiosła. Niczego nie zrozumieją, sam
zobaczysz.
Stanąłem przed komisją w nowiutkim kombinezonie i szybowcowym
hełmie (Siergiej Andriejewicz zdobył go u szybowników). Komisja z
przyjemnością oglądała mnie i życzliwie zadawała cały szereg pytań: ile
mam lat, w jakiej szkole się uczę, jakie mam oceny. Przewodnicząca
powtarzała: bardzo miło, nieprawdaż, bardzo miło, bardzo miło.
Jaszka tylko co kończył napełniać baki, pachniało od niego
karbidem i Siergiej Andriejewicz kazał mu trzymać się z dala od
komisji. Młodzież podciągnęła Czerepachę do brzegu, można było
przystąpić do badań.
Kolba szepnął: ciśnienie nie większe niż 2 atmosfery – uważaj.
Siergiej Andriejewicz odprowadził mnie na bok i uprzedził: ostrożnie
tam, trzymać ciśnienie nie wyższe niż 3 atmosfery. Wszedłem do kabiny,
Jaszka stojąc po kolana w wodzie przytrzymywał Czerepachę. Tu masz
watę, zatkaj uszy - powiedział i nie wpakuj się w tamten brzeg. Zamknął
pleksiglasowy dach kabiny i pokazał rozcapierzone palce: „piątkę”. To
oznaczało ciśnienie acetylenu nie mniej niż 5 atmosfer.
Dalej już działałem prawie automatycznie. Szybko otworzyłem
wszystkie zawory, usłyszałem szum wody wpadającej do baków z karbidem,
strzałka manometru żwawo pobiegła w prawo. Popatrzyłem gdzie jest
skierowany dziób Czerepachy. Wszystko było w porządku. Jaszka zdążył
obrócić kuter rufą do brzegu, strzałka podskoczyła do cyfry 3, teraz
trzeba było patrzeć obydwojgiem oczu za tą strzałką, bo baki mogłyby
nie wytrzymać takiego ciśnienia. Dobrze wiedziałem – niestety - jakie
są fatalne, te nasze baki.
Kiedy strzałka dotknęła „5” otworzyłem kran rozruchowy i
prawie jednocześnie włączyłem zapłon. Momentalnie rozległ się wysoki
dzwoniący dźwięk, dosłownie jakby gdzieś blisko rozbito mnóstwo szkieł
i nagle gruchnął potężny wybuch. Różnił się on od wczorajszego wybuchu
tak, jak bojowy ryk drużyny dorosłych słoni różni się od krzyku
jednego maleńkiego słoniątka.
Zamknąłem oczy i zjeżyłem się, wczepiwszy się w kierownicę. W
tym momencie nawet do głowy nie przyszło mi obejrzeć się na brzeg, a
należało się obejrzeć.
Czerepacha była półtora metra od brzegu, a dysza okazała się
precyzyjnie wycelowana w komisję, której Nikołaj Borysowicz dokładnie i
metodycznie tłumaczył zasadę działania silnika rakietowego. Siergiej
Andriejewicz - człowiek doświadczony, który już niejedno widział,
widział też jak rozrywają się statki, pokazywał Kolbie znakami, że
trzeba odejść trochę dalej, ale Kolba nie zauważył jego sygnałów.
Dosłownie w tym momencie włączyłem zapłon…
Później długo rozpytywałem widzów, co zaszło. Mówili różnie.
Legendy powstają błyskawicznie, a w nich wszystko co groźne,
wielokrotnieje. I tak oto, zgodnie z legendą, komisję dosłownie
zdmuchnęło! Nikt z członków komisji nie ustał na nogach. Podobny los
spotkał widzów, którzy stali bliżej. Pozostali, jak zwykło się mówić,
ucierpieli jedynie lekkim przerażeniem.
Ogłuszający start Czerepachy zademonstrował komisji różnicę
między wiosłami, a silnikiem rakietowym i jak to później powiedział,
Jaszka, powołując się na Majakowskiego: zrobił to: „znacząco,
widowiskowo i grubo”.
A ja, otworzywszy oczy zobaczyłem, że Czerepacha ruszyła się,
ale rzeczywiście z żółwią szybkością. Każdy wybuch (a rozlegały się one
co 3 – 4 sekundy) zmuszał mnie do zamykania oczu. Czułem jak wygina się
korpus Czerepachy i oczekiwałem, że komora spalania za chwilę się
rozerwie. Ogłuszające, armatnie siły wybuchu - to zwycięstwo. Motor
pracował i to jeszcze jak potężnie pracował! Ale Czerepacha drżąc i
trzęsąc się od wybuchów szła z szybkością pieszego, nie więcej i to
było straszne, porażające! Targały mną przeciwstawne uczucia i zebrać
myśli nie mogłem. Spróbuj myśleć, jeżeli za plecami rozlega się taka
kanonada!
Logicznie myśleć zacząłem wtedy, kiedy Czerepacha podeszła do
środka stawu. Rozejrzałem się dookoła, obejrzałem strzałkę manometru,
zobaczyłem, że drży w pobliżu cyfry 4 i pomyślałem: po pierwsze,
Czerepacha się nie rozwaliła, jeszcze się nie rozwaliła i motor trzyma
się, należy podnieść ciśnienie acetylenu do siedmiu, a nawet ośmiu
atmosfer.
Wyłączyłem zapłon, przekręciłem zawór rozruchowy. Nastąpiła
cisza, po prostu niewiarygodna cisza, nigdy nie słyszałem takiej ciszy.
Nie wiem czy szumiał karbid w bakach czy nie, ale strzałka ruszała się
w prawo, ciśnienie się powiększało i zacząłem obracać sterem.
Czerepacha powolutku nawracała.
I wtedy nastąpiła katastrofa.
Dosłownie tak, jakby ktoś z trzaskiem rozerwał kawał
materiału i kabina momentalnie wypełniła się obrzydliwym zapachem
karbidu. Pękł bak, pierwszy z lewej, rozszedł się na szwie, stalowa
ścianka jak brzytwą przecięła z dykty wykonaną obszywkę. Wnętrze kutra
szybko napełniało się wodą. Popatrzyłem na strzałkę, drżała przy cyfrze
7, włączyć by tak silnik, ale Czerepacha pochyliła się na burtę, w
kabinie było już niemożliwie oddychać, odrzuciłem pleksiglasowy dach i
wyszedłem za burtę.
Mimo wszystko Czerepacha była dobrym statkiem. Tonęła, nie
spiesząc się, powoli, solidnie. Pływałem dookoła niej, dopóki nie
zatonęła. Potem skierowałem się do brzegu. Bardzo nie chciało mi się tu
dopłynąć, no ale co było robić.
To, co zaszło w następnej pół godzinie z trudnością poddaje
się opisowi. Rozwścieczona, zdenerwowana komisja ciągnęła mnie w różne
strony, oglądano moje ręce, nogi, o coś tam pytali, ja niczego nie
słyszałem i odpowiadałem coś bezładnie.
Na Siergieja Andriejewicza i Nikołaja Borysowicza
skierowano grad wyrzutów i oskarżeń. Komisję w ogóle nie obchodziło, że
Czerepacha nie pobiła światowego rekordu. Komisja najprawdopodobniej
niczego nie zauważyła, oprócz pierwszego wybuchu. Przewodnicząca
komisji bezmyślnie powtarzała: „kto pozwolił posadzić dziecko na tę
beczkę z prochem?”
Jaszka zdążył uciec, a nas, Siergieja Andriejewicza, mnie i
Kolbę posadzili w autobus i zawieźli do miasta. Przez godzinę
wyjaśnialiśmy wszystko dyrektorowi Domu Pionierów. Oczywiście za nas
wszystkich wyjaśniał Siergiej Andriejewicz. Mnie nie udało się
powiedzieć ani słowa, chociaż jeszcze w autobusie z lekka zmieniwszy
znane powiedzenie Galileusza przygotowałem znakomitą frazę: „A jednak
płynęła”.
Wyjaśnienia szły w wysokich tonach. Dyrektor miał władczy,
donośny głos; wytrenował się w kółku dramatycznym, a Siergiej
Andriejewicz mógł, gdyby trzeba było, przekrzyczeć nawet ryk sztormu.
Siedzieliśmy na korytarzu czekając na decyzję i tu kierownictwo
przejawiło mądrość, która poraziła nas swoją nieoczekiwanością i
niezwykłością. Wydano nakaz w dwóch punktach.:
2. Osobom wskazanym w punkcie pierwszym nakazać odbycie pieszego rajdu górskiego zgodnie z nakazaną marszrutą.
Później zrozumiałem, jak mądra i logiczna była ta decyzja.
Nas nagrodzili, a to znaczy - nie skrzywdzili. Odprawili nas na pieszy
rajd, to znaczy jak najdalej od eksperymentów, eksperymenty zostały
przecięte, komisja uzyskała też jakąś satysfakcję. Jednocześnie
rozwiązał się problem dyrektora, który go już drugi tydzień męczył.
Po prostu rozsypywały się rajdy, wcześniej przewidywane
jako pieszy marsz wzdłuż Wielkiego Kaukazu. Z tych wędrówek wycofali
się kierownicy kółek takich, jak: chór, kółko taneczne i tym podobne.
Natychmiast też wręczono nam skierowania i bilety. Popatrzyliśmy i aż
się żachnęliśmy. Pociąg odjeżdżał następnego dnia rano. Trzeba było
biec do domu, wyjaśnić wszystko rodzicom i zabrać rzeczy.
W drodze mieliśmy dostatecznie dużo czasu, żeby pomyśleć, co konkretnie zaszło.
Początkowo na wszystkie strony analizowaliśmy jak podnieść Czerepachę.
Potem zrozumieliśmy, że potrzebny jest zupełnie nowy silnik. Do komory
spalania Czerepachy paliwo wchodziło w postaci gazu, gaz waży mało, ale
zajmuje dość dużą objętość. Dlatego za każdym razem w komorze spalania
znajdowało się wszystkiego parę gramów substancji palnej. Nie mogliśmy
sobie uświadomić, że paliwo powinno być podawane w postaci płynnej i w
tym tkwiła nasza pomyłka.
Wieczorami siedzieliśmy przy ognisku i wiedliśmy spory,
jaki powinien być silnik rakietowy na paliwo płynne, jakie paliwo
powinno być najlepsze i co wziąć w charakterze utleniacza zamiast
powietrza.
Silnik rakietowy na paliwo płynne analizowałem i
projektowałem 2 lata. Komora spalania była malutka, mniejsza od
szklanki. Cały silnik spokojnie mieścił się na parapecie. Montowałem go
w domu, czasami pomagał mi Jaszka. Uruchomić silnika nie próbowałem,
wiedziałem, że w najlepszym wypadku wytrzymałby kilka sekund, nie
więcej.
Dużo problemu było z utleniaczem, nadtlenkiem wodoru. W
aptekach sprzedawano trzyprocentowy roztwór nadtlenku, tak zwaną wodę
utlenioną, ale do silnika ten roztwór się nie nadawał. Dina otrzymała w
zakładzie fryzjerskim perhydrol. To jest 30 % roztwór nadtlenku wodoru,
ale i tego było mało, za to perhydrol można było wykorzystać do aparatu
oddechowego. Perhydrol lekko się rozkłada, wydzielając tlen. Zbudowałem
podwodny aparat oddechowy pracujący na perhydrolu. Nie przypisywałem mu
jakiegokolwiek znaczenia, ale faktycznie dopiero na to rozwiązanie
dostałem swój pierwszy patent. Było to w 10 klasie.
W lutym 1943 roku poszedłem do wojska. Dwa dni przed
odjazdem udało mi się zdobyć trochę skoncentrowanego nadtlenku wodoru.
Postanowiłem pokazać Dinie, jak pracuje silnik rakietowy na paliwo
płynne. Wieczorem ogłosili alarm lotniczy, sąsiedzi uciekli do schronu,
a my z Diną wyciągnęliśmy całe stanowisko do opustoszałego korytarza.
Silnik był mocno przymocowany do stendu, masywnej metalowej płyty.
Pamiętałem kabinę Czerepachy. Tym razem nie było żadnych
przyrządów, ani manometru, ani wskaźnika kąta natarcia. Rozruchowy
zawór pociągnąłem długim sznurkiem. Nadtlenek dostał się do komory
spalania, sam zapalił paliwo, którym był wtedy spirytus i w
opustoszały, smętny korytarz starej komunalnej kamienicy wdarł się głos
przyszłości, głos rakietowej ery, silny, mocny triumfalny ryk
rakietowego silnika. Po 2-3 sekundach komora spalania rozżarzyła się do
czerwoności. Ryk szybko się urwał, nad stendem unosiły się błękitne
płomienie, palił się spirytus. Z trudem ugasiliśmy płomień, a po całym
stanowisku pozostał spalony i nadtopiony metal.
Mimo wszystko silnik pracował. To było właściwie
najważniejsze. Szukamy, budujemy, marzymy, cieszymy się, mamy nadzieję.
W końcu coś nam się udaje, coś nam z tego dobrego wychodzi i możemy
powiedzieć: „a jednak się kręci”, patrzcie, jednak się kręci, rusza
się, pracuje.